Rozmowa z ks. Janem Radoniem, który po trzynastoletnim pełnieniu posługi kapłańskiej na Ukrainie, pełni ją obecnie na Kamczatce.
- Dlaczego po latach pracy na Ukrainie udał się Ksiądz na daleką Kamczatkę?
Każdy człowiek ma swoje powołanie, a moim jest praca na misjach. Kiedy moja posługa kapłańska na Ukrainie zaczęła przynosić owoce, bo dzięki ludziom wielkich serc do dzieci z sierocińca w Załuczu docierają wolontariusze z Polski, a budynek i jego wyposażenie przybliżyły się do standardów europejskich, uznałem że nadszedł czas bym udał się dalej na Wschód i tam służył ludziom pomocą duszpasterską.
Przed dwoma laty, wraz z siostrami zakonnymi, udałem się do Magadanu na Kołymie, żeby poznać warunki życia i potrzeby w zakresie duszpasterstwa na Syberii. Przebywając tam przez trzy miesiące podjąłem postanowienie, że jeśli uzyskam zgodę władz kościelnych, powrócę na stałe na Syberię. Ponieważ biskup Kazimierz Górny chętnie wyraził na to zgodę i udzielił mi błogosławieństwa, w następnym roku wyjechałem na Syberię. Tamtejsze władze kościelne skierowały mnie do parafii św. Teresy w Pietropawłowsku Kamczackim, bym pomagał w pracy ks. Krzysztofowi Kowalowi, którego poznałem podczas mojego poprzedniego pobytu na Syberii.
- Jakie są pierwsze wrażenia Księdza z pobytu na Kamczatce?
Praca tam jest wyzwaniem dla kapłana. Potrzeba wielkiej pracy, ale innej niż moja wcześniejsza praca na Ukrainie. Wszystko jest zupełnie inne od tego z czym stykamy się w Polsce, na Ukrainie, czy w europejskiej części Rosji. Świat wpisany jest w przyrodę, z którą przegrywa nawet najlepszy sprzęt, japoński, czy amerykański. Podczas zimy niezawodnym środkiem podróżowania pozostają renifery i psie zaprzęgi. Tegoroczną zimę tamtejsi ludzie uznali za wyjątkowo łagodną, bo jedynie czasami zdarzały się czterdziestopięciostopniowe mrozy, a warstwa śniegu dochodziła tylko do dwóch i pół metra. Do tego klimatu można się jednak przyzwyczaić...
- A jak wygląda tam praca duszpasterska?
Parafia, w której pracuję jest trzykrotnie większa od Polski. Osady w tajdze oddalone są od siebie o 200 km. Ale wszędzie żyją ludzie, do których musimy dotrzeć. W Pietropawłowsku jest na razie niewielka kaplica, ale otrzymaliśmy zezwolenie na postawienie kościoła. Wiosną rozpocznie się budowa.
Obecnie pracuję razem z ks. Kowalem w Pietropawłowsku, ale w maju udam się do Anadyru na Czukotce, żeby organizować żyjących tam katolików. Dotychczas nie dotarł do nich żaden kapłan. Podobno, są wśród nich także potomkowie polskich zesłańców.
Rozmawiał je-kl