Marcin Kobiałka2006-09-04,
Do sądu trafiła pierwsza sprawa przeciw rzeszowskiej grupie Ujawnić Prawdę. Tadeusz Lisowicz skarży Andrzeja Filipczyka, wiceszefa "Solidarności" w Rzeszowie, za naruszenie dóbr osobistych 76-letni Tadeusz Lisowicz z Rzeszowa w dokumentach Instytutu Pamięci Narodowej figuruje jako tajny współpracownik SB o pseudonimie "Okoń". Lisowicz zarzeka się, że nigdy nie podpisywał żadnych dokumentów z bezpieką. Działacze rzeszowskiej "Solidarności", którzy w kwietniu 2005 r. zawiązali grupę Ujawnić Prawdę, twierdzą co innego. - W dokumentach co najmniej pięciu członków opozycji demokratycznej, mających status pokrzywdzonych, pojawia się pseudonim "Okoń", przypisywany przez IPN właśnie panu Lisowiczowi. To on donosił SB na rzeszowskich działaczy opozycji - przekonuje Andrzej Filipczyk, wiceprzewodniczący "Solidarności" w Rzeszowie, którego Tadeusz Lisowicz pozwał do sądu o naruszenie dóbr osobistych.
Lista z nazwiskami kilkuset tajnych agentów, funkcjonariuszy SB, członków PZPR, sędziów i prokuratorów, którzy prześladowali opozycję na Podkarpaciu, znalazła się najpierw w internecie. Potem nazwiska współpracowników SB opublikowała jedna z gazet regionalnych. - To niespotykane draństwo - tłumaczy się Lisowicz. Przyznaje jednak, że miał kontakt z bezpieką. - W 1984 r. przyszedł do mnie człowiek o pseudonimie "Pewniak". Wysłał go pan Filipczyk. "Pewniak" namawiał mnie do założenia w domu punktu kontaktowego dla członków podziemnej "Solidarności". Potem byłem nachodzony w domu, wzywano mnie na przesłuchania, zastraszano, żebym tylko powiedział, co wiem o działaczach opozycji - twierdzi Lisowicz.
Lisowicz jest przekonany, że "Pewniak" współpracował zarówno z "Solidarnością", jak i SB. - Pan Filipczyk wysłał do mnie taką k...ę, która rujnuje mi teraz życie - krzyczy do słuchawki Lisowicz. Pod groźbą zabicia jego najbliższej rodziny został wysłany przez SB na pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki. - Później mnie przesłuchiwano. Dręczono pytaniami, kto ze znanych mi osób był na uroczystości, ale nikogo nie wskazałem. Potwierdziłem jedynie dwa nazwiska, które podczas pogrzebu reprezentowały nasz region. Ale były to osoby wyczytane przez arcybiskupa Józefa Glempa. Nigdy tych ludzi jednak nie widziałem - twierdzi Tadeusz Lisowicz.
- Stałem się ofiarą SB, niesprawiedliwie osądziła mnie grupa Ujawnić Prawdę, której członkowie dokonali własnej interpretacji faktów i materiałów. Nigdy nie współpracowałem z bezpieką - głos Lisowicza wyraźnie się łamie. - Do dzisiaj od pana Filipczyka nie dostałem odpowiedzi, jakie były podstawy umieszczenia mojego nazwiska wśród współpracowników służb bezpieczeństwa PRL - dodaje.
Andrzej Filipczyk twierdzi, że Lisowicz powinien skierować pozew przeciwko funkcjonariuszom SB. - Ja jestem złym adresatem. Pan Lisowicz w jednym przypadku zaprzecza, że współpracował z bezpieką, a za chwilę przyznaje, że utrzymywał z nią kontakty. W dokumentach IPN-u wyraźnie jest napisane, że donosił na działaczy opozycji - odpowiada Filipczyk.
Z Lisowiczem w sądzie spotka się jutro. Pierwsza rozprawa jest pojednawcza. Czy dojdzie do pojednania? - Tak, pod warunkiem że pan Lisowicz przeprosi tych, na których donosił - mówi Filipczyk. - Wymiotować mi się chce, jak pomyślę o procesie. Ale nie mam innego wyjścia. Muszę bronić swojego dobrego imienia. Mam kogoś przepraszać? Za co? Za żadne skarby. Za swoje poglądy polityczne zapłaciłem wysoką cenę. Niech pan Filipczyk wyjaśni sprawę, kogo do mnie w tamtym czasie wysłał. Ta osoba mnie sprzedała - powiedział Lisowicz.
- Na 270 tajnych współpracowników i ponad 340 funkcjonariuszy SB, którzy znaleźli się na liście, po jej opublikowaniu przyszło do nas i przeprosiło za donoszenie tylko kilkunastu. Reszta twierdzi, że jest niewinna - mówi Andrzej Filipczyk.
Grupa Ujawnić Prawdę
Powstała w Rzeszowie na początku 2005 r. Liczy prawie 200 osób. Zostały one uznane przez IPN za pokrzywdzone. Z materiałów Instytutu dowiedziały się, kto na nie donosił. Poznały nazwiska i pseudonimy tajnych współpracowników. Zanim lista została opublikowana w internecie na jaw wyszła informacja, że w materiałach, które są w posiadaniu członków grupy, znalazł się m.in. Władysław Prygoń, szef zakładowej "Solidarności". Miał być tajnym współpracownikiem służb w latach 80. Prygoń postanowił potem odejść ze związku.